wtorek, 12 marca 2013

Kluski z ricotty w sosie pomidorowym


Jestem zdania, że każde danie, w którym wykorzystuje się włoskie sery, pomidory i makaron lub kluski, musi być dobre. Dlatego, gdy w książce "Dwaj łakomi Włosi" zobaczyłam przepis na ndundari con salsa di pomodoro e basilico, wiedziałam, że ta potrawa szybko zagości na moim stole. Zwłaszcza, że ndundari przypominają moje ulubione malfatti ze szpinakiem i ricottą, które przygotowywałam już tyle razy, że - zgodnie z teorią Phoebe z "Friendsów" na temat pieczenia ciasteczek* - inne rodzaje klusek mogłyby poczuć się urażone.
Przepis na ndundari con salsa di pomodoro e basilico został włączony do książki przez Gennaro Contaldo jako "jeden z ulubionych przepisów wyniesionych z domu". Tradycyjnie ndundari robi się w jego rodzinnej wiosce Minori w święto jej patrona. Nie dziwi mnie sentyment Contaldo do tego dania. Królują w nim smaki typowe dla kuchni z południowych Włoch, co wprowadza jedzącego w prawdziwie "italiański" nastrój.

* cyt. "I don't make [this type of cookies] a lot because it's not fair to the other cookies"

Składniki na ok. 45 niewielkich klusek
Na kluski:
  • 250 g ricotty
  • 170 g mąki pszennej* i dodatkowo do posypania blatu (użyłam poznańskiej typ 500)
  • 3 żółtka
  • 20 g startego parmezanu
  • pół łyżeczki gałki muszkatołowej
  • szczypta soli i świeżo zmielonego pieprzu
* W oryginalnym przepisie użyto 200 g mąki i tyle dałam, gdy robiłam to danie po raz pierwszy. Wolę jednak, kiedy kluski są bardziej miękkie i delikatne, więc za drugim razem użyłam mniej. Tym bardziej, że część mąki, którą posypuje się blat do formowania wałków, zostaje włączona w ciasto.

Na sos**:
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • pół kartonika passaty pomidorowej
  • bazylia (użyłam mrożonej)
  • sól, pieprz, cukier i kilka kropel octu balsamicznego do smaku
** Sos wykonałam według własnego przepisu, a nie podanego w książce. Nie ma to większego znaczenia - do dania nadaje się każdy sos pomidorowy, przygotowany zgodnie z własnymi upodobaniami smakowymi.

Przygotowanie
Kluski:
Do miski przesiać mąkę.
Dodać ricottę, żółtka, parmezan oraz gałkę muszkatołową i sól.
Połączyć składniki w misce.
Masę wyłożyć na blat oprószony mąką i wyrabiać przez 3-5 minut.
Podzielić ciasto na 2 lub 3 części i z każdej uformować długi wałek o grubości ok. 2 cm, a następnie spłaszczyć go lekko i pokroić na kawałki w kształcie rombów o długości ok. 2-3 cm (wygodną metodą jest cięcie rulonu nożycami kuchennymi).
W garnku zagotować osoloną wodę i wrzucić do niej kluski.
Poczekać, aż wypłyną na powierzchnię - wtedy zmniejszyć ogień i gotować jeszcze 3 minuty.

Sos pomidorowy:
Pomidory i passatę przelać do garnka i ustawić go na średnim ogniu.
Zagotować, doprawić solą, pieprzem, cukrem i octem balsamicznym (ja dodałam również kilka kropel oliwy o smaku chilli).
Zmniejszyć ogień, dodać bazylię i gotować jeszcze kilka minut, aż sos trochę się zredukuje.
Sprawdzić pod kątem doprawienia.

Ugotowane i odcedzone kluski przełożyć do garnka z sosem. Wymieszać dokładnie, ale delikatnie, żeby nie uszkodzić delikatnych klusek.
Podawać od razu, posypane świeżo startym parmezanem.

Smacznego!





niedziela, 10 marca 2013

Spaghetti w kremowym sosie ziołowo-jogurtowym


To danie dla prawdziwych miłośników wszelkiego ziela. Jest bardzo aromatyczne, intensywnie ziołowe, o wyraźnie wyczuwalnej jogurtowej nucie. Wymaga sporej ilości pieprzu, żeby połączyć i wydobyć wszystkie smaki. Charakterystycznego aromatu dodają lawenda i nagietek, które wsypałam do gotującego się makaronu. Nitki spaghetti przeszły aromatem przypraw, co doskonale uzupełniło smak potrawy.
Jogurt można zastąpić śmietaną-kremówką - pasta będzie wtedy łagodniejsza choć tłustsza. Ja jednak lubię kwaskowaty smak jogurtu i uważam, że w tym daniu sprawdza się on znakomicie.
Jogurt i jajko najlepiej wyjąć z lodówki na ok. godzinę przed przygotowaniem dania, żeby nie były bardzo schłodzone.
Podaję ilość składników na porcję dla jednej osoby. Wszystko - poza jogurtem i makaronem - dajemy w proporcji 1:1 (jedna jednostka miary na jedną osobę). Prościej nie można!

Składniki na jedną porcję
  • 80-100 g makaronu spaghetti 
  • 1 łyżeczka przyprawy ziołowej do sałatek z dodatkiem lawendy i nagietka
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki naturalnego jogurtu
  • 1 czubata łyżeczka posiekanego cienkiego szczypiorku
  • 1 czubata łyżeczka posiekanej natki pietruszki
  • 1 łyżeczka posiekanej bazylii (użyłam mrożonej)
  • 1 łyżeczka posiekanego oregano (użyłam mrożonego)
  • 1 łyżeczka posiekanego tymianku (użyłam mrożonego)
  • 1 łyżka wiórków parmezanu do posypania
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie
Zagotować wodę na makaron. Do wrzątku dodać sól i przyprawę z nagietkiem i lawendą. Makaron ugotować al dente (dla większości marek makaronów oznacza to czas o 2 minuty krótszy niż podano na opakowaniu).
W misce (odpowiednio dużej, żeby zmieścił się makaron) wymieszać dokładnie trzepaczką żółtka z jogurtem. Doprawić solą i pieprzem, dodać wszystkie zioła i dokładnie wymieszać.
Gorący makaron (natychmiast po odcedzeniu) przełożyć do miski z masą jogurtową i dokładnie wymieszać - tak, aby każda nitka pokryła się aksamitnym sosem.
Podawać od razu, posypując na wierzchu świeżo zestruganymi wiórkami parmezanu i świeżo zmielonym pieprzem.

Smacznego!



piątek, 8 marca 2013

Pesto z rukoli


Wyznaję zasadę, że każde własnoręcznie przygotowane pesto jest doskonałe. A biorąc pod uwagę fakt, że zrobienie go w domu jest niezwykle proste i szybkie, naprawdę nie rozumiem, po co kupować gotowe sosy w słoiczkach...
Oczywiście przyrządzenie prawdziwego pesto - zgodnie ze wszystkimi zasadami tradycyjnej włoskiej sztuki kulinarnej - jest raczej wymagającym wyzwaniem; trzeba mieć porządny, ciężki moździerz (ja niestety wciąż nie dorobiłam się takiego sprzętu...) i dużo siły w rękach. Jednak w codziennych, domowych warunkach dobrze sprawdza się zwykły ręczny blender. Za jego pomocą ulubione składniki błyskawicznie zamieniają się w aromatyczną miksturę, której zapach wypełnia całą kuchnię.
Tym razem zdecydowałam się na pesto z rukoli, której charakterystyczny smak bardzo mi odpowiada. Do tego dodałam łagodne nasiona słonecznika, obowiązkowo czosnek i oliwę, a na koniec uzupełniłam pesto świeżo startym parmezanem. Wyszło zgodnie z oczekiwaniami, czyli... molto buono!

Składniki (na ok. 200 g gotowego pesto)
  • 100 g świeżej rukoli
  • 2 łyżki nasion słonecznika
  • 4 łyżki oliwy z oliwek extra vergine
  • 1 ząbek czosnku
  • sól
  • 2-3 łyżki świeżo startego parmezanu (ostrzejszy w smaku) lub sera pecorino (łagodniejszy)

Przygotowanie
Rukolę umyć pod bieżącą wodą i osuszyć. Porwać na mniejsze części.
Czosnek obrać i pokroić na kawałki.
Wszystkie składniki (oprócz sera) umieścić w pojemniku blendera.
Zmiksować na gładką masę.
Na koniec wmieszać starty ser.

Gotowe pesto najlepiej smakuje w połączeniu z makaronem, ale można je też wykorzystać jako dodatek do kanapek. Pesto można również wymieszać z naturalnym jogurtem greckim i podawać jako dip np. do grissini.

Smacznego!


Domowy Wyrób

czwartek, 7 marca 2013

"Dwaj łakomi Włosi" Antonio Carluccio i Gennaro Contaldo (recenzja książki)


"Dwaj łakomi Włosi" to kolejna pozycja w mojej kolekcji książek kucharskich skupiona na kuchni włoskiej. Jest to również jedna z moich ulubionych książek, do której zaglądam bardzo często, nawet jeśli akurat nie planuję nic gotować.
"Dwaj łakomi Włosi" mają w sobie wszystko, co - według mnie - powinno charakteryzować dobrą książkę kucharską: ciekawe pomysły na dania, dobrze sformułowane instrukcje, apetyczne zdjęcia i sporo ciekawostek. To właśnie ten ostatni element sprawia, że książka nie jest tylko suchym zbiorem przepisów, ale staje się biletem na kulinarną podróż po Włoszech, podczas której można się wiele nauczyć.
Przez jej karty przewijają się fragmenty dotyczące włoskiej kultury jedzenia i filozofii leżącej u jej podstaw. Dowiemy się m.in., czym charakteryzują się poszczególne fazy tradycyjnego włoskiego posiłku złożonego z antipasto (przystawki), primo (pierwszego dania), secondo (dania głównego) i dolce (deseru). Każda z grup została opisana w osobnym rozdziale, w którym znajdziemy kilkanaście przepisów. Nie zabrakło również pomysłów na contorni (dodatki do dań głównych) i merende (przekąski). Na marginesach umieszczono natomiast krótkie informacje o różnych potrawach i ich składnikach. Przeczytamy więc nieco o truflach, mozzarelli, frutti di mare, oliwie z oliwek... Dodatkowo, każdy przepis poprzedzony jest wstępem, w którym - poza krótkim wyjaśnieniem, dlaczego to danie włączono do książki - "przemycane" są kolejne ciekawostki.


Carluccio i Contaldo to nie tylko dwaj łakomi Włosi, ale przede wszystkim dwaj zupełnie różni Włosi. Carluccio pochodzi z północy, Contaldo - z południa; różnią się temperamentem, podejściem do życia oraz kuchennymi przyzwyczajeniami. Wyraźnie podkreślają te różnice, chcąc zachować własną odrębność, a także pokazać różnorodność i bogactwo włoskiej kuchni. Dlatego przy każdym przepisie zaznaczono, który z dwóch panów jest jego autorem. Dzięki temu widać różnice pomiędzy kuchnią bliską sercu każdego z nich, a przepis nabiera bardziej indywidualnego charakteru.


Regionalizm, podział północ-południe, rola rodziny i charakterystyka cucina povera (kuchni biedoty) to kolejne tematy poruszone w książce. Pomagają w pełni zrozumieć włoską kulturę jedzenia i przyzwyczajenia żywieniowe Włochów.
Kulturoznawczy charakter książki podkreślany jest również przez fotografie. Poza standardowymi zdjęciami potraw (niezwykle apetycznymi - brawa dla autora, Chrisa Terry'ego) jest tu wiele "obrazków z życia". Znajdziemy więc zdjęcia autorów kręcących makaron, przechadzających się włoskimi uliczkami lub pijących kawę. Są również zdjęcia krajobrazów, miasteczek, targów, sklepów, jak również zdjęcia świeżych warzyw i owoców. Prawie każdy akapit książki znajduje swoiste poparcie w jakiejś fotografii.
Wniosek, nasuwający się po przeczytaniu książki, jest może mało odkrywczy, ale bardzo prawdziwy: Włosi po prostu kochają jeść i kochają jedzenie! A każdy, kto weźmie "Dwóch łakomych Włochów" w swoje ręce z pewnością pokocha włoską kuchnię.


Przepisy z tej książki, które wykorzystałam:

środa, 6 marca 2013

Chleb wielozbożowy z orzechami włoskimi i śliwką


Mój związek z pieczywem od zawsze był burzliwy i skomplikowany. Jako dziecko nie znosiłam chleba, jadałam wyłącznie bułki-warkoczyki z makiem (do przedszkola przynosiłam własną na śniadanie). Potem przyszła pora na fascynację pieczywem tostowym, aż w końcu zaczęłam jeść "normalnie". Do czasu. Naczytawszy się przerażających artykułów o sklepowym pieczywie - faszerowanym chemią, bezwartościowym, szkodliwym, zapychającym, dmuchanym itd. - odstawiłam wszelkie rodzaje chlebów i bułek. Po mniej więcej dwóch latach odpuściłam sobie trochę - znalazłam bowiem kilka miejsc, w których wypieka się znakomite, domowe pieczywo, bez konserwantów, utrwalaczy i innych niepożądanych substancji. Takie chleby nie pleśnieją po dwóch dniach, a bagietki nie zamieniają się w kamień zostawione na godzinę czy dwie bez przykrycia. I tutaj pozostaję bardzo konsekwentna - jem tylko pieczywo kupione w tych paru sprawdzonych miejscach. Żadnego innego. No, chyba że mowa o wypieku domowym...

Do upieczenia pierwszego chleba zachęcił mnie (nie po raz pierwszy zresztą) jeden z odcinków australijskiej edycji MasterChefa. Gościem odcinka z cyklu "MasterClass" była Philippa Grogan, właścicielka jednej z najlepszych sieci piekarni w Australii. Pokazała uczestnikom, jak upiec wspaniały chleb z dwóch rodzajów mąki, z dodatkiem orzechów włoskich i suszonych fig. Wyglądał tak apetycznie, że zapragnęłam zrobić go w domu. Od tamtej pory piekłam go kilkakrotnie, ale - z czego zdałam sobie sprawę niedawno - nie odkąd prowadzę bloga! Musiałam więc jak najszybciej naprawić to niedopatrzenie i przygotować odpowiedni post ze zdjęciami. Pech chciał, że ze wszystkich bochenków, które zrobiłam, akurat ten prezentuje się najmniej atrakcyjnie... Zapewniam jednak, że niczego mu nie brakuje pod względem walorów smakowych.

Poniższy przepis to zmodyfikowana wersja przepisu zaprezentowanego w programie. Zastąpiłam figi suszonymi śliwkami i zmieniłam proporcje mąki pszennej do wielozbożowej. Przy każdej konfiguracji (400:100 g; 300:200 g czy, jak poniżej, 250:250 g) chleb wychodzi równie smaczny.

Uprzedzam, że pieczenie chleba wciąga! Dowodem na to niech będzie fakt, iż przy kaloryferze dojrzewa właśnie mój pierwszy własny zakwas do chleba. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, już wkrótce na blogu pojawi się kolejny "chlebowy" post.


Składniki na 1 bochenek
  • 250 g mąki pszennej (użyłam luksusowej typ 550)
  • 250 g mąki pełnoziarnistej wielozbożowej żytnio-pszenno-orkiszowej
  • 10 g soli
  • 5 g suszonych drożdży
  • 335 ml ciepłej wody
  • 75 g orzechów włoskich
  • 75 g suszonych śliwek

Przygotowanie

1.
W dużej misce wymieszać oba rodzaje mąki, sól i drożdże.
Dolać ciepłą wodę.
Wyrabiać ręcznie w misce, aż ciasto stanie się elastyczne i zacznie odchodzić od brzegów miski.
Przełożyć ciasto na blat i uformować je w kształt prostokątopodobny.

2.
Czas na zagniatanie ciasta.
Górną część prostokąta należy odpychać nasadą prawej dłoni przy jednoczesnym rozciąganiu dolnej krawędzi lewą dłonią.
Rozciągnięte ciasto zwinąć w rulon, zaczynając od górnej krawędzi.
Powstały wałek obrócić o 90 st. i cały proces (rozciągania i zwijania w rulon) powtórzyć 3-6 razy.

3.
Teraz należy spłaszczyć rulon i ponownie uformować go w kształt prostokątopodobny.
Na ciasto wysypać orzechy i śliwki (pocięte nożyczkami na mniejsze części) i delikatnie je wklepać.
Ciasto z dodatkami zwinąć w rulon, jednocześnie przytrzymując brzegi, aby orzechy i śliwki nie wypadły bokiem.
Powstałą roladę obrócić o 90 st. i powtórzyć proces zwijania w rulon 3-4 razy (po tym czasie orzechy i śliwki powinny zacząć przebijać się na zewnątrz).

4.
Uformować bochenek, umieścić w misce, przykryć szczelnie folią spożywczą i odstawić w ciepłe miejsce na godzinę.
W tym czasie trzykrotnie (po 20, 40 i 60 minutach) należy rolować ciasto po blacie (w kierunku od siebie), aby usunąć zawarte w nim powietrze. Procedurę rolowania wykonać 5, 6 razy w każdym cyklu.
Na zakończenie ponownie uformować bochenek.

5.
Po godzinie (bezpośrednio po trzecim, ostatnim rolowaniu ciasta) ułożyć bochenek na blacie i trzy razy zagnieść ciasto metodą opisaną w punkcie 2.
Uformować bochenek i przełożyć go na deskę oprószoną semoliną (lub kaszą manną).
Deskę umieścić w dużej torbie foliowej. Końce torby tak zawinąć pod deskę, aby powstała szczelnie zamknięta przestrzeń, w której ciasto będzie rosło.
Tak zabezpieczony bochenek odstawić w ciepłe miejsce na co najmniej godzinę. W tym czasie powinien on podwoić swoją objętość.
W tym momencie należy również włączyć piekarnik z kamieniem do pieczenia umieszczonym na kratce wsuniętej na środkowy poziom piekarnika (kamień potrzebuje przynajmniej godzinę, aby dobrze się nagrzać).
Ustawić maksymalną temperaturę grzania (u mnie 250 st. C w funkcji grzanie góra-dół).

6.
Wyjąć bochenek z torby i zrobić na nim (wszerz) kilka równoległych nacięć głębokich na ok. 5 mm.
Rozgrzany kamień do pieczenia oprószyć semoliną (lub kaszą manną).
Na najniższy poziom piekarnika wsunąć blachę do pieczenia.
Przenieść bochenek na kamień do pieczenia.
Na blachę do pieczenia wrzucić garść kostek lodu i natychmiast zamknąć drzwiczki piekarnika. Kostki lodu wytworzą parę, dzięki której na chlebie powstanie chrupiąca skórka.
Zmniejszyć temperaturę piekarnika do 200 st. C i piec chleb przez 25 minut.
Po tym czasie uchylić drzwiczki piekarnika i przy otwartych piec chleb jeszcze przez 5 minut (jeśli drzwiczki same się zamykają, można je zablokować drewnianą łyżką).
Wyjąć chleb z piekarnika i zostawić do ostygnięcia.

Smacznego!






poniedziałek, 4 marca 2013

Grissini


Do grissini - chrupiących, długich paluszków chlebowych - zapałałam miłością od pierwszego wejrzenia wiele lat temu. We Włoszech, zwłaszcza w rejonie Piemontu, podaje się je gościom w restauracjach do pochrupania przed posiłkiem (zamiast lub oprócz tradycyjnego pieczywa). Istnieje wiele odmian grissini: paluszki mogą być grube lub cieniutkie, z dodatkami (sezamem, ziołami, solą gruboziarnistą, kminkiem) lub bez nich.
Kiedyś przywoziłam je w dużych ilościach z każdej podróży do Włoch. Dzisiaj już tego nie robię, bo grissini można z łatwością kupić w polskich sklepach. Ostatnio przyszedł mi do głowy pomysł, aby przygotować je samodzielnie w domu. Słusznie wyczułam, że nie powinno to być nic trudnego. Przeczytałam kilka włoskich przepisów i obejrzałam parę filmików instruktażowych. Efekt moich działań to 50 włoskich paluszków chlebowych i opracowany (sprawdzony!) przepis, który z pewnością wykorzystam jeszcze wiele razy.
Grissini można podawać samodzielnie jako imprezową przekąskę, przed kolacją jako tzw. czekadełko (tak, jak we włoskich knajpach) lub wykorzystać jako element ciekawej przystawki, np. owijając wokół nich plasterki prosciutto crudo. W każdej postaci smakują równie wybornie.



Grissini

Składniki na ok. 50 paluszków
  • 300 g mąki pszennej (użyłam luksusowej typ 550)
  • 175 ml ciepłej wody
  • 3 łyżki oliwy z oliwek extra vergine (i dodatkowo ok. 1,5 łyżki do posmarowania gotowych paluszków)
  • 1,5 łyżeczki suszonych drożdży
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżeczka soli

Przygotowanie
Wszystkie składniki zmiksować mikserem, a następnie wyrabiać ręcznie do czasu, aż powstanie gładka i elastyczna masa.
Uformować kulę, posmarować ją oliwą i umieścić w misce. Przykryć miskę ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na ok. godzinę.
Po tym czasie ciasto spłaszczyć i na dużej desce rozwałkować na placek o grubości ok. 0,5 cm.
Blachy do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia.
Z ciasta odkrawać ostrym nożem kuchennym cienkie paski, rolować je delikatnie, jednocześnie rozciągając. Ciasto jest bardzo elastyczne, więc wałeczki mają tendencję do kurczenia się. Paluszki mogą mieć dowolną długość i grubość - wedle indywidualnych upodobań. Gotowe grissini układać na blasze w niewielkich odstępach.
Na koniec posmarować wszystkie pędzelkiem umaczanym w oliwie.
Rozgrzać piekarnik do temp. 180 st. C z termoobiegiem (ta funkcja umożliwia równomierne rozprowadzanie powietrza wewnątrz piekarnika, co jest przydatne, gdy pieczenie odbywa się na kilku poziomach/blachach jednocześnie).
Piec do czasu, aż paluszki lekko się zrumienią (ok. 10-12 minut).

Smacznego!





piątek, 1 marca 2013

Buraczane risotto z zapiekanym kozim serem


Niespełna dwa lata temu miałam niepowtarzalną okazję uczestniczyć w niezapomnianym wydarzeniu pt. "Calici di stelle" ("Kieliszki pełne gwiazd"). Była to uroczysta kolacja pod gołym niebem zorganizowana z okazji Nocy św. Wawrzyńca (La Notte di San Lorenzo). Podobno właśnie tej nocy (10 sierpnia) spełniają się marzenia pomyślane podczas obserwowania spadających gwiazd (zwanych również "łzami Świętego Wawrzyńca"). Niestety nie jestem w stanie zweryfikować prawdziwości tej teorii, gdyż zapomniałam życzenia, które wówczas wypowiedziałam w myślach...
Pamiętam natomiast dokładnie jedno z dań zaserwowanych podczas kolacji tamtego wieczoru - różowe risotto. Wyglądało dziwnie - taka niepozorna, różowa papka. Przyglądając się swojej porcji, nie byłam pewna, co jest głównym składnikiem nadającym całości tak intensywną barwę. Znając jednak umiejętności kulinarne miejscowego kucharza (zwłaszcza w zakresie przyrządzania risotta), spodziewałam się, że i ta potrawa mnie zachwyci. I nie pomyliłam się. Tamten smak na zawsze utkwił w mojej pamięci. Niestety odtworzenie jej w domu jest właściwie niewykonalne... Dlaczego? Bo w oryginalnej wersji składnikiem równie ważnym jak buraki jest wyśmienity regionalny ser Monte Veronese, z którym nie spotkałam się w żadnym z naszych sklepów*.
Tak więc poniższy przepis to raczej wynik własnej interpretacji dania risotto con rape rosse autorstwa kucharza Fabia, aniżeli jego wierne odtworzenie. Obie wersje łączy jedynie wykorzystanie ryżu i buraków. Inny jest natomiast użyty ser i sposób wkomponowania go w potrawę: u mnie zapieczone plastry leżą na wierzchu, w oryginale serową fondutę wmieszano w całość. Wpływa to również na kolor risotta - moje jest ciemniejsze, bordowe (po prostu buraczane), tamto było najzwyczajniej w świecie różowe. Uważam jednak, że połączenie zapieczonego sera koziego z buraczanym risottem jest bardzo udane i może stanowić godne zastępstwo różowego risotta do czasu, aż kiedyś znowu odwiedzę Agriturismo di San Mattia w Weronie.

* Jeśli ktoś wie o miejscu, w którym można kupić Monte Veronese - proszę o kontakt! :)

Składniki na 2 porcje
  • 180 g ryżu do risotta (użyłam Arborio)
  • 500 ml wywaru (użyłam warzywnego) 
  • 1,5 łyżki oliwy z oliwek
  • ok. 1 szklanki puree z buraków*
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki startego parmezanu
  • 2 grube plastry serowej rolady koziej
  • sól i pieprz do smaku

* Aby przygotować puree z buraków, należy dokładnie omyć i osuszyć buraki, a następnie zawinąć je (każdy osobno) w folię aluminiową. Tak przygotowane wstawić do piekarnika nagrzanego do temp. 190 st. C i piec przez ok. 45-60 min, aż zmiękną (dokładny czas zależy od wielkości buraków). Upieczone zostawić do ostygnięcia, a następnie obrać, pokroić na mniejsze kawałki i blenderem zmiksować na jednolitą masę. Na dwie porcje risotta wystarczy jeden duży burak. Warto przygotować trochę więcej puree, podzielić na mniejsze porcje i zamrozić do późniejszego wykorzystania (np. do risotta lub buraczanych gnocchi).


Przygotowanie
Risotto:
Wywar podgrzać i cały czas trzymać na małym ogniu, aby był ciepły.
Podgrzać buraczane puree i utrzymywać ciepłe.
Na głębokiej patelni o grubym dnie rozgrzać oliwę.
Ryż wrzucić na ciepłą oliwę. Smażyć, aż ziarnka dokładnie pokryją się tłuszczem i staną się przezroczyste.
Łyżką wazową wlać dwie pierwsze porcje wywaru. Mieszać od czasu do czasu, aż ryż wchłonie płyn.
Dolać drugą, a potem trzecią porcję wywaru. Mieszać od czasu do czasu, aż ryż będzie al dente (miękki na zewnątrz, a po ugryzieniu stawiający zębom lekki opór). Proces gotowania ryżu zajmuje zazwyczaj 16-18 minut. Gdyby wywar skończył się zanim ryż będzie ugotowany, można dolać gorącą wodę.
Do ryżu wmieszać buraczane puree i podgrzewać przez 1-2 minuty.
Teraz należy przyprawić risotto: posolić, popieprzyć i dolać kilka kropel octu balsamicznego. Wszystko wymieszać, spróbować i ewentualnie jeszcze dodać przyprawy.
Zgasić palnik pod patelnią. Do risotta wmieszać starty parmezan i masło. 
Przykryć pokrywką i zostawić risotto na 2-3 minuty, aby "odetchnęło".

Zapiekany kozi ser:
Piekarnik rozgrzać do temp. 200 st. C (funkcja grillowania).
Roladę kozią pokroić w plastry o grubości ok. 1-1,5 cm i ułożyć na papierze do pieczenia.
Posypać z wierzchu suszoną bazylią.
Wstawić do nagrzanego piekarnika (na kratce do pieczenia) i zapiekać przez 3-4 minuty.

Risotto podawać z plastrem zapieczonej rolady koziej na wierzchu.

Smacznego!





Po prostu Risotto