sobota, 1 lutego 2014

Zapiekane małże pod parmezanową pierzynką


Zimą najbardziej lubię dania zapiekane lub pieczone. Uwielbiam moment otwierania drzwiczek piekarnika, kiedy gorące powietrze i smakowite aromaty roznoszą się najpierw po kuchni, a potem po całym domu, pozwalając na moment zapomnieć, że świat za oknem stał się szary, zimny i nieprzyjemny.
Dzisiaj przedstawiam pomysł na mule - mniej typowy niż podanie ich w sosie z białego wina i z bagietką lub jako element włoskiej pasty (choć takie wersje dań z mulami oczywiście również uwielbiam!). Mule zapiekane pod parmezanową pierzynką. To idealna potrawa na gorącą przekąskę dla licznych gości (również w karnawale) lub jako danie dla dwóch osób (np. na zbliżającą się kolację walentynkową - w końcu o małżach mówi się, że są afrodyzjakiem...). Danie nie wymaga wiele pracy, a jest bardzo efektowne; ułożone na półmisku zapieczone na rumiano muszle wyglądają przepięknie i elegancko. Polecam podawać ze schłodzonym kieliszkiem białego wina, a potem - dać się porwać sobotniej nocy!

Ten przepis bierze udział w konkursie "Karnawałowe pyszności z Russell Hobbs". Będzie mi bardzo miło, jeśli oddacie na mnie swój głos tutaj. Z góry dziękuję wszystkim, którzy klikną. :)


Zapiekane małże pod parmezanową pierzynką

Składniki
(2 porcje jako danie główne lub jako gorąca przystawka dla większej liczy osób)
  • 1 kg świeżych muli (pakowane w próżniowe opakowanie)
  • 150 ml białego wina
  • 1 ostra papryczka
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy z oliwek extra vergine + odrobina do polania na koniec
  • 50 g startego parmezanu 
  • 1 duży pęczek natki pietruszki
  • ok. 90 g czerstwej bułki lub chleba, sucharków lub bułki tartej
  • odrobina soku wyciśniętego z cytryny


Przygotowanie
Mule dokładnie oczyścić: opłukać pod bieżącą wodą i oskrobać.
Jeden ząbek czosnku drobno pokroić, dwa pozostałe przecisnąć przez praskę.
Papryczkę i natkę pietruszki drobno posiekać.
Czerstwy chleb rozdrobnić w malakserze (robocie kuchennym).
Oczyszczone mule umieścić w dużej, głębokiej patelni lub dużym garnku wraz z pokrojonym w plasterki ząbkiem czosnku, jedną łyżką natki pietruszki i ostrą papryczką. Zalać winem. Podgrzewać pod przykryciem na dużym ogniu do czasu, aż muszle się otworzą (ok. 4-5 min). W tym czasie kilkakrotnie energicznie poruszać patelnią.
Mule odcedzić na sitku, zachowując płyn z gotowania.
Wyrzucić zamknięte muszle.
W misce umieścić chleb, parmezan, czosnek przeciśnięty przez praskę, resztę natki pietruszki i dwie łyżki oliwy. Wymieszać. Partiami dolać ok. 250-300 ml płynu z gotowania małż. Masa powinna mieć konsystencję kremu; nie powinna być ani zbyt sucha i gęsta, ani zbyt płynna. Ze względu na zawartość parmezanu, masa nie wymaga dosalania. Ale warto spróbować ją na tym etapie i dostosować pod kątem własnych upodobań smakowych.

Piekarnik ustawić na tryb grillowania ze średnim grzaniem. U mnie jest to drugi poziom z trzech możliwych.
Blachę do pieczenia wyłożyć folią aluminiową.
Ostrożnie przepołowić mule, odrywając część muszli, w której nie ma mięsa.
Każdą muszlę z mięsem wypełnić farszem i ułożyć na blasze. Następnie skropić odrobiną oliwy i soku z cytryny.
Blachę z mulami wsunąć do nagrzanego piekarnika w jego górnej części. Zapiekać ok. 10 minut, do czasu, aż farsz zamieni się w złocistą, chrupiącą skorupkę.
Podawać od razu, na gorąco.

Smacznego!


niedziela, 19 stycznia 2014

Chleb żytni z ziarnami (na zakwasie)


Ten chleb z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom pieczywa z ziarnami. Poniższy przepis to odrobinę bogatsza wersja przepisu na chleb żytni jasny na zakwasie. Różni się tym, że zawiera pestki dyni i słonecznika. Ziarna nie tylko przyjemnie chrupią, kontrastując z miękkim miąższem, ale również nadają chlebowi charakterystyczny posmak (pestki dyni są bardziej wyczuwalne, ale słonecznik też daje o sobie znać).


Chleb żytni z ziarnami (na zakwasie)

Składniki na jeden podłużny bochenek
Na zaczyn zakwasowy:
  • 60 g zakwasu żytniego razowego (przepis tutaj)
  • 300 g wody
  • 150 g mąki żytniej razowej (typ 2000)
Na ciasto właściwe:
  • 320 g zaczynu zakwasowego
  • 280 g wody
  • 480 g mąki żytniej (typ 720)
  • 10 g soli
Dodatki:
  • ok. 100 g ziaren (dałam po połowie pestki dyni i pestki słonecznika)

Przygotowanie
praca podzielona na 2 dni: pierwszy dzień = zrobienie zaczynu, drugi dzień = przygotowanie i wypiek chleba
czas przygotowania bochenka: ok. 2,5 h
czas pieczenia: ok. 60 min

Dzień przed pieczeniem:
Składniki zaczynu wymieszać dokładnie w misce. Przykryć szczelnie folią spożywczą i zostawić na 12 do 24 godzinWykorzystałam zaczyn po ok. 14 godzinach fermentacji.

W dniu pieczenia:
Keksówkę o długości 27-30 cm wysmarować olejem i wysypać otrębami żytnimi.
W dużej misce wymieszać zaczyn z wodą.
Następnie wsypać mąkę z solą oraz oba rodzaje pestek i szybko wyrobić lepkie ciasto (2-3 minuty).
Zwilżonymi dłońmi przełożyć ciasto do przygotowanej foremki i przykryć folią spożywczą nasmarowaną olejem.
Tak przygotowane ciasto zostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu (ok. 28 st. C) do czasu, aż wyrośnie ok. 0,5 cm ponad foremkę. Wygodnie jest postawić formę z ciastem przy kaloryferze. Moje wyrastało 2,5 godziny.
Wierzch wyrośniętego ciasta posmarować oliwą i posypać pestkami dyni.
Wstawić formę z ciastem do piekarnika rozgrzanego do temp. 210 st. C. Ścianki piekarnika spryskać kilka razy wodą z rozpylacza. Dzięki powstałej w ten sposób parze na bochenku wytworzy się chrupiąca skórka. Po 15 minutach zmniejszyć temperaturę do 190 st. C i piec kolejne 45-50 minut.
Chleb wyjąć z foremki i studzić na kratce. Mój chleb stygł na odwróconym do góry nogami koszyku do podawania chleba; chodzi o to, aby bochenek miał przewiew, a nie leżał na płaskiej powierzchni.
Kroić, gdy całkiem ostygnie.

Smacznego!

niedziela, 12 stycznia 2014

Brownie ze śliwkami i marcepanem


Brownie to ciasto, które powinni polubić wszyscy miłośnicy ciężkich, mokrych, czekoladowych i... zakalcowatych ciast. Bo brownie tym właśnie jest - zamierzonym czekoladowym zakalcem. :)
To ciasto typowo zimowe, idealne do mocnego espresso lub czarnej herbaty. Dla mnie to również smakołyk z rodzaju tzw. comfort food, czyli dań, które mają poprawiać humor, wprowadzić w dobry nastrój, przywołać wspomnienia, pomóc w oderwaniu się od codzienności.
Poniższy przepis to zimowa, świąteczna wersja klasycznego brownie - wzbogacona marcepanem i śliwkami namoczonymi w rumie i czarnej herbacie. Śliwki stanowią dodatek, który delikatnie łamie słodycz czekolady i marcepanu. Ciasto już w tej postaci jest bogate i sycące. Ale jeśli ktoś chce zrobić z niego wersję jeszcze bogatszą, można do ciasta dodać trochę blanszowanych migdałów. Wtedy będzie to już totalna rozpusta...

Brownie ze śliwkami i marcepanem
(bardzo czekoladowe)


Składniki 
na ciasto o wymiarach 24 x 36 cm
  • 200 g czekolady dobrej jakości, o wysokiej (min. 70%) zawartości kakao (polecam Lindt 85%) 
  • 250 g masła 
  • 4 duże lub 5 mniejszych jajek (w temperaturze pokojowej) 
  • 250 g drobnego cukru do wypieków 
  • pół łyżeczki soli 
  • 185 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • chlebek marcepanowy (mój ważył 125 g)
  • kilkanaście suszonych śliwek
  • pół szklanki zaparzonej bardzo mocnej czarnej herbaty
  • 2 łyżki rumu lub nalewki (opcjonalnie)

Przygotowanie
Śliwki pokroić. Zalać herbatą i rumem (jeśli używamy). Odstawić do namoczenia na ok. 30 minut.
Marcepan pokroić w kosteczkę.
Czekoladę połamać na kawałki. Masło pokroić na mniejsze części.
Formę do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 180 st. C (grzanie góra-dół).

Czekoladę z masłem rozpuścić w kąpieli wodnej.
Kąpiel wodna:
Czekoladę i masło umieścić w naczyniu do kąpieli wodnej lub metalowej (szklanej) misce. W garnku zagotować trochę wody (na wysokość ok. 1,5 cm). Zmniejszyć ogień tak, aby woda delikatnie "pykała". Na garnku umieścić naczynie do kąpieli wodnej lub miskę. Dno naczynia nie może dotykać gotującej się wody. Mieszając od czasu do czasu (nie za często) rozpuścić czekoladę z masłem. Zajmie to kilka do kilkunastu minut, w zależności od ilości czekolady i masła. Czekoladę należy rozpuszczać powoli, a nie gwałtownie.

Do miski z rozpuszczoną czekoladą wsypać cukier. Wymieszać.
Pojedynczo wbić do czekoladowej masy jajka, mieszając wszystko po dodaniu każdego jajka.
Dodać sól i cynamon. Wymieszać.
Wsypać mąkę. Wymieszać łopatką.
Masę przelać do przygotowanej formy, wyskrobując łopatką z miski. Wyrównać powierzchnię.
Na wierzchu rozsypać marcepan i odsączone śliwki. Delikatnie wetknąć niektóre śliwki i kawałki marcepanu do środka ciasta.
Wstawić do rozgrzanego piekarnika i piec ok. 25-30 minut.
Ostudzić.
Pokroić na kwadratowe kawałki o wielkości ok. 5 x 5 cm.

Smacznego!


środa, 11 grudnia 2013

Spaghetti allo scoglio (spaghetti z owocami morza) i pierwsze urodziny bloga


Dokładnie rok temu, licząc od dzisiaj, opublikowała na blogu swój pierwszy post i tym samym zaczęłam blogerską przygodę.
Od tej pory blog pozostaje moim wiernym przyjacielem, stałym elementem codzienności. Niestety ostatnio, ze względu na ogrom innych obowiązków, nie mam tyle czasu, ile bym chciała na gotowanie i opracowywanie postów. Staram się jednak na bieżąco odpowiadać na komentarze, zaglądać na Życie smakiem się toczy na Facebooku, a myślami stale jestem na blogu i obmyślam nowe przepisy.
Rok temu pisałam o moich wątpliwościach związanych z pomysłem założenia bloga. Dzisiaj mogę powiedzieć, że były one zupełnie bezpodstawne. Prowadzenie bloga to przyjemność, oderwanie od rzeczywistości, zabawa, która całkowicie mnie pochłonęła. Przez ostatni rok bardzo rozwinęłam swoje kulinarne umiejętności i wciąż uczę się nowych rzeczy. Przy każdej okazji myślę o tym, co mogłabym ugotować, opisać i sfotografować. Kupuję coraz więcej książek kucharskich, odwiedzam najróżniejsze strony i blogi związane z kulinariami i jedzeniem. W restauracjach nie tylko oddaję się przyjemności jedzenia, ale również w myślach rozkładam dania na czynniki pierwsze i zastanawiam się, jak mogłabym odtworzyć je w domu.

W ten sposób powstało jedno z lepszych dań, które ugotowałam - spaghetti allo scoglio - czyli spaghetti z owocami morza. Przepis jest wypadkową wielu dań, których próbowałam we Włoszech i w Chorwacji, ale również we włoskich restauracjach w Polsce. O tym, jak najlepiej przygotować pastę z owocami morza niejednokrotnie czytałam w najróżniejszych książkach kucharskich, z uwagą śledziłam ruchy kucharzy w programach telewizyjnych. Ugotowałam je już jakiś czas temu, ale z publikacją czekałam na tak zwaną specjalną okazję. Myślę, że pierwsza rocznica istnienia bloga to dobry moment. Tym bardziej, że za oknem szaro, buro i zimno... Warto więc choć na talerzu mieć choć odrobinę lata i wspomnienia wakacji...


Spaghetti allo scoglio (spaghetti z owocami morza)

Składniki na 5-6 porcji
  • 600 g makaronu spaghetti (u mnie pół na pół zwykłe spaghetti i makaron barwiony sepią)
  • mieszanka owoców morza (wybrać według uznania i asortymentu w sklepie)
    • 5-6 langustynek (scampi, duże krewetki) - po jednej na osobę
    • 500 g krewetek w pancerzykach (użyłam gotowanych, niemrożonych)
    • 250 g muli
    • 250 g ośmiorniczek
  • 500 g pomidorków koktajlowych
  • 200 ml białego wina
  • pęczek natki pietruszki
  • 4-5 ząbków czosnku
  • oliwa z oliwek extra vergine
  • sól, pieprz
Ponadto przygotowania spaghetti allo scoglio potrzebne będą:
  • bardzo duży garnek do ugotowania makaronu
  • bardzo duża głęboka patelnia "wokopodobna"
  • garnek do ugotowania muli (najlepszy będzie płaski o dużej średnicy) z pokrywką

Przygotowanie
Pomidorki przekroić na pół.
Czosnek obrać. Dwa ząbki drobno posiekać, pozostałe rozgnieść płaską stroną noża.
Natkę pietruszki poszatkować.
Mule dokładnie umyć pod bieżącą wodą i oskrobać. Wyrzucić otwarte muszle, które nie zamykają się po postukaniu o blat stołu.

W dużym garnku zagotować wodę na makaron. Posolić.
Makaron ugotować na twardo (ok. 4 minuty krócej niż podano na opakowaniu). Na koniec makaron dodajemy na patelnię z sosem i podgrzewamy przez chwilę - w ten sposób makaron się dogotuje, dlatego "wyjściowo" nie może być idealnie al dente.

W płaskim garnku rozgrzać 2 łyżki oliwy. Dodać posiekany czosnek. Chwilę podsmażyć, żeby czosnek się zeszklił, ale nie zbrązowiał.
Zwiększyć ogień do maksymalnego. Wrzucić mule. Chwilę poruszać patelnią. 
Małże zalać 100 ml wina. Patelnię przykryć pokrywką. Gotować kilka minut do czasu, aż muszle się otworzą (wyrzucić te, które pozostały zamknięte!).
Odcedzić, zachowując sos. Ugotowane małże odstawić na bok, pod przykryciem.

Na drugiej patelni rozgrzać kilka łyżek oliwy. Dodać ząbki czosnku. Podsmażać chwilę i usunąć z patelni zanim zbrązowieją.
Teraz na patelnię po kolei należy dodawać owoce morza.
Najpierw na patelnię przełożyć langustynki. Podsmażać przez ok. 2 minuty.
Dodać ośmiorniczki i podsmażać ok. 2 minuty. Ośmiorniczki podczas smażenia z szarych i sflaczałych zamieniają się w jędrne, fioletowe mini ośmiorniczki z uroczo podkręconymi mackami. :)
Wlać pozostałe wino.
Na patelnię wrzucić pomidorki i ok. 2 łyżek gałązek natki pietruszki. Dusić wszystko przez ok. 3 minuty, po czym wyjąć langustynki z patelni. Odłożyć na bok, przykryte folią aluminiową. Ugotowana langustynka wygląda bardzo podobnie do surowej (wciąż jest różowa), jednak patrząc od spodu na mięso w ogonie wyraźnie widać różnicę: surowe mięso jest białawe, ale przezroczyste. Ugotowane natomiast jest białe i nietransparentne. 

Na patelnię wrzucić krewetki. Wymieszać dokładnie zawartość patelni.
Wlać sos zachowany z gotowania muli. Posolić do smaku i hojnie doprawić świeżo zmielonym pieprzem. Wymieszać.
Dusić wszystko pod przykryciem przez ok. 3-4 minuty.

Na koniec do patelni z sosem dodać odcedzony makaron. Wsypać pozostałą natkę pietruszki (listki). Skropić oliwą. Wymieszać wszystko dokładnie.
Dodać ugotowane mule i langustynki.
Przykryć patelnię pokrywką i trzymać na małym ogniu jeszcze przez 2 minuty.

Razem z potrawą podać świeży biały chleb (bagietkę, ciabattę) do zebrania sosu z dna talerzy i patelni. Na stole postawić również naczynia na skorupy*, muszle itp.

Smacznego!

* Skorup, szczypców, pancerzyków i głów po krewetkach nie należy wyrzucać - warto umieścić je w garnku, zalać litrem wody i gotować przez ok. 45-60 minut na wolnym ogniu. Po odcedzeniu otrzymamy bardzo aromatyczny wywar z owoców morza (podobno większość smaku skorupiaków znajduje się w szczypcach i głowie) - idealny do przygotowania risotto z owocami morza!






sobota, 30 listopada 2013

Śledzie w oleju z cebulką


Święta coraz bliżej: w centrach handlowych widać już ludzi biegających w amoku za prezentami, powoli w radiu zaczynają puszczać świąteczne piosenki, a dzisiaj wieczorem w telewizji będzie można obejrzeć "Kevina samego w Nowym Jorku". Czas więc zacząć myśleć o bożonarodzeniowych daniach!
U mnie w domu nieodłącznym elementem wigilijnego menu są śledzie w kilku odsłonach. Jedna z nich, chyba najbardziej klasyczna, to śledzie w oleju z cebulką. Warto je przygotować zawczasu, aby wszystkie smaki dobrze się przegryzły.
PS. Śledzie w oleju to również doskonała przekąska sylwestrowa.


Śledzie w oleju z cebulką

Składniki na 2 słoiki
  • 1 kg matiasów śledziowych
  • 2 średnie cebule
  • 4-5 ogórków konserwowych
  • 4 listki laurowe
  • kilka ziarenek ziela angielskiego
  • ok. 200-250 ml oleju roślinnego

Przygotowanie
Matiasy odsączyć z oleju, a następnie pokroić w poprzek na kawałki o szerokości ok. 2 cm.
Ogórki zetrzeć na tarce o grubych oczkach.
Cebulę drobno posiekać.
W misce wymieszać cebulę z ogórkiem.
Przygotować dwa mniejsze słoiki lub jeden większy.
W słoikach układać na przemian warstwę śledzi i warstwę mieszanki cebulowo-ogórkowej, a na niej pół listka laurowego wraz z dwoma ziarenkami ziela angielskiego. Ostatnią warstwę powinna stanowić mieszanka cebulowo-ogórkowa.
Do wypełnionych słoików wlewać małym strumieniem olej. Odstawić na 10-15 minut i poczekać, aż olej spłynie i ułoży się, a następnie dopełnić do końca słoika.
Słoiki zamknąć i wstawić do lodówki na kilka dni, aby smaki się przegryzły.

Smacznego!





niedziela, 24 listopada 2013

Zielony Widelec, czyli catering dietetyczny z dostawą do domu lub biura

Niedawno zostałam poproszona o przetestowanie i ocenienie całodniowego menu z dostawą do domu/pracy nowo powstałej firmy cateringowej Zielony Widelec. Nigdy wcześniej nie miałam okazji próbować takich dowożonych dań. Niejednokrotnie widziałam jednak podobne zestawy u koleżanek w pracy i powiem szczerze, że nie wyglądało to zachęcająco... Potrawy nie miały wyglądu, były blade, mało apetyczne, a przede wszystkim porcje przypominały obiad dla krasnoludka (rekordem było danie makaronowe złożone z trzech (!) nitek tagliatelle z dwoma kawałkami pomidora...). Tak więc do pomysłu wypróbowania podobnie skonstruowanego menu podeszłam z pewną rezerwą...

Do przetestowania dostałam posiłki z programu "Redukcja - 1700 kcal". Zielony Widelec ma również w planach inne wersje menu, m.in. Wege czy Eko, ale na razie, w początkowej fazie działalności, klienci mogą wybierać spośród trzech wersji: Redukcji (skierowanej do osób pragnących pozbyć się zbędnych kilogramów), Równowagi (dla osób, które nie potrzebują zmieniać masy ciała, ale chcą się zdrowo odżywiać i jeść wartościowe posiłki) oraz Programu Indywidualnego, dostosowanego do indywidualnych potrzeb każdej osoby w zależności np. od jej problemów zdrowotnych itd. Można więc dowolnie wybierać spośród różnych wersji, więc z pewnością każdy znajdzie w Zielonym Widelcu coś dla siebie.

Całodniowe menu z Zielonego Widelca złożone jest z pięciu posiłków: śniadania, drugiego śniadania, obiadu, podwieczorku i kolacji. Porcje nie są duże, więc osoby przyzwyczajone do bardzo obfitych posiłków mogą czuć się nieusatysfakcjonowane. Jednak w porównaniu z porcjami podawanymi przez konkurencyjne firmy zajmujące się cateringiem dietetycznym, te z Zielonego Widelca wypadają naprawdę nieźle.

Menu, które testowałam prezentowało się następująco:


Było więc zróżnicowane, interesujące, choć jak dla mnie zdecydowanie zbyt mięsne. W paczce znalazła się również nieopisana na kartce śniadaniowa przekąska, czyli winogrona z kawałkami kiwi posypane płatkami owsianymi.

Każde danie pakowane jest w osobny pojemnik, przykryte folią i owinięte papierową etykietą opisaną rodzajem posiłku. Jeśli więc komuś zależy na tym, aby dokładnie przestrzegać zaleceń danego programu dietetycznego, nie sposób się pomylić i zjeść np. kolację zamiast obiadu.


Ja nie miałam ochoty stosować się do wszystkich zaleceń, tym bardziej, że nie wszystkie dania wpisują się w moje upodobania smakowe. Tak więc wypróbowałam część z nich o dowolnie wybranych porach, a resztę przekazałam innym "testerom".

ŚNIADANIE: kanapki z wędliną i warzywami oraz krem paprykowo-jajeczny
Kanapki wyglądały bardzo apetycznie. Przygotowane zostały z pełnoziarnistego pieczywa i rzeczywiście miały dużo "zieleniny" (pomidory, ogórek, sałatę, szczypiorek). To danie przekazałam do spróbowania innej osobie (sama nie jadam wędliny) i wiem, że smakowały, choć "wymagały dodania pieprzu i odrobiny soli".


II ŚNIADANIE: winogrona i kiwi z płatkami owsianymi + świeżo wyciskany sok pomarańczowy
Ta część zestawu to właściwie żadna filozofia gotowania - chodzi o to, aby wybrać dobre, świeże składniki. I tak też było. Sok był smaczny, aromatyczny, niedosładzany i nierozwodniony. Kiwi dojrzałe i słodkie. Winogrona również dobre - nie miały twardej, ciężkiej do pogryzienia skórki. Plus za wykorzystanie płatków owsianych sauté zamiast dawania gotowych mieszanek müsli z dodatkami w postaci rodzynek i kandyzowanych owoców.

OBIAD: łosoś z pieca w sosie koperkowym z ryżem i brokułami
Danie zdecydowanie w moim stylu. Łosoś z zestawu był smaczny, choć na mój gust ciut za mocno upieczony; jednak dla większości osób taki stopień upieczenia ryby powinien okazać się idealny. Jedyny zarzut, jaki mam do ryby, to jej wielkość - łosoś był smaczny i z przyjemnością zjadłabym jeszcze kilka kęsów, zwłaszcza, że sosu koperkowego było stosunkowo dużo i wystarczyłoby na większą porcję. Dużym plusem obiadu było wykorzystanie brązowego ryżu i brokułów, które bardzo lubię. Ogólnie obiad był bardzo udany.


PODWIECZOREK: zupa jesienna z wołowiną
Była to zupa warzywna, w której udało mi się wyróżnić cebulę, pomidory i paprykę. Papryka była zdecydowanie najbardziej wyczuwalnym składnikiem, który najbardziej wybijał się zarówno w zapachu, jak i smaku. Zupa była smaczna i aromatyczna.



KOLACJA: kurczak z kaszą jaglaną i fasolką szparagową
Danie prezentowało się bardzo ładnie, na wierzchu znalazły się plasterki mozzarelli polane sosem balsamicznym. Osoba, która testowała potrawkę miała do niej tylko jeden zarzut - za mało wyczuwalne doprawienie; po dodaniu soli, pieprzu i oliwy z oliwek, danie zostało zjedzone ze smakiem.


Podsumowując, catering dietetyczny oferowany przez Zielony Widelec opiera się na zróżnicowanych, przemyślanych i dobrze skomponowanych posiłkach. Wykorzystywane są tutaj składniki wysokiej jakości, a każde danie przygotowywane jest z sercem. Posiłki wyglądają apetycznie i tak też smakują, choć czasem wymagają delikatnego doprawienia. Jest to jednak kwestia indywidualna - każdy może sam dostosować danie do swoich upodobań smakowych.
Jest to na pewno bardzo wygodne rozwiązanie dla osób, które z różnych powodów nie gotują sobie same i nie chcą się martwić o codzienne przygotowywanie posiłków. W takiej sytuacji skierowanie się do Zielonego Widelca to bardzo dobry wybór - podniebienia i żołądki zostaną tam potraktowane z należytą uwagą. W dłuższej perspektywie czasowej można się spodziewać bardzo korzystnego wpływu na zdrowie.
Ja nie kończę swojej przygody z Zielonym Widelcem. Bo choć lubię gotować i samodzielnie opracowywać sobie własne menu, chętnie przyjrzę się kolejnym wariantom programów dietetycznych (zwłaszcza wersji Eko i Wege, które brzmią bardzo zachęcająco).

niedziela, 10 listopada 2013

Szarlotka ulubiona


Szarlotka to dla mnie archetyp ciasta. Aż dziwne, że przepis na moją popisową szarlotkę, którą robię właściwie z zamkniętymi oczami, zamieszczam na blogu dopiero teraz...
Przypuszczam, że większość osób, czytając ten wpis, pomyśli "A tam, i tak moja szarlotka jest najlepsza". To chyba nieodłączna cecha tego ciasta - każda rodzina i każdy kucharz mają swój sprawdzony, od lat wykorzystywany przepis, który sprawdza się za każdym razem i nieodmiennie zachwyca gości. Prawda jest taka, że każda domowa szarlotka jest dobra - wynika to z domowego ciasta i wykorzystania prawdziwych jabłek, a nie nafaszerowanych utrwalaczami mas jabłkowych w słoikach.
Dzisiaj przedstawiam Wam przepis na szarlotkę, który w mojej rodzinie jest stosowany od lat, ale przez ten czas uległ wielu modyfikacjom. Co ciekawe, szarlotka na podstawie tego bazowego przepisu (choć, jak mówiłam, z drobnymi zmianami) wychodzi inaczej w zależności od tego, czy piekę ją ja, moja siostra czy moja babcia...


Szarlotka ulubiona

Składniki 
(na ciasto o wymiarach 24 x 24 cm)
  • 350 g mąki pszennej (użyłam luksusowej typ 550)
  • 200 g masła
  • 2 żółtka
  • 110 g drobnego cukru do wypieków
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1,5 kg jabłek szara reneta
  • cynamon (ilość według uznania; ja lubię, gdy jabłka są wyczuwalnie cynamonowe)

Przygotowanie
Mąkę wymieszać z cukrem i proszkiem do pieczenia. Wysypać na blat stołu, tworząc kopczyk z zagłębieniem.
Do zagłębienia wbić żółtka.
Dodać masło pokrojone w kostkę.
Zagnieść ciasto. Uformować dwie kule nierównej wielkości (1/3 i 2/3). Każdą kulę zawinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki na ok. godzinę.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 180 st. C (grzanie góra-dół).
Dno i brzegi tortownicy wysmarować olejem i wysypać tartą bułką.
Z większej kuli ciasta uformować placek. Rozwałkować i przełożyć do tortownicy. Wyrównać, załatać dziury. Ciasto ponakłuwać widelcem.
Wstawić do rozgrzanego piekarnika i piec na lekko zezłocony kolor, ok. 15 minut.
W tym czasie obrać jabłka i zetrzeć w malakserze na grubych oczkach (można też ręcznie na tarce, ale po co się przemęczać? :). Wymieszać z cynamonem (ilość przyprawy według uznania).
Jabłka przełożyć na podpieczony i lekko ostudzony spód.
Pozostała porcja ciasta powinna już mocno stwardnieć w lodówce. Ciasto zetrzeć na tarce o grubych oczkach prosto na jabłka. Wyrównać
Wstawić do rozgrzanego piekarnika i piec do czasu, aż wierzch ciasta się zezłoci (ok.45-60 minut).
Ostudzone ciasto oprószyć cukrem-pudrem.
Podawać samą lub z kulką lodów waniliowych.

Smacznego!